Grecja. 10 dni z własnym Ojcem. Troszkę niepewna byłam co do tej kombinacji, bo jeszcze nigdy nie przebywaliśmy tak długo, non stop razem. A jednak udało się i to doskonale - jesteśmy stworzeni do wyjeżdżania razem. To samo umiłowanie do zorganizowania, do chodzenia bokami, do słuchania każdego słowa pilota i pochłaniania kabanosów.
Dzień wyjazdu, 7 rano na dworcu, autobus zabiera nas pod Katowice, gdzie przesiadamy się do autokarów docelowych. Nasz jest duży, wycieczka liczy 65 osób, głównie pary zakochanych i przyjaciółek, czasami rodziny, dwie młode dziewczyny, Ojciec jako jedyny mężczyzna z dzieckiem. No, ale dziecko ma 174 cm, więc cóż :>
Podróż długa, wyczerpująca, tyłek obolały do granic, po drodze na postojach fajki, kawa, obiad był w miejscu przesiadkowym, resztę jedzonka mamy jeszcze z Polski. Jedziemy przez Słowację, Czechy, Węgry, Serbię, Macedonię, ponad 24h w sumie od domu. Krajobrazy cudowne, szczególnie Serbskie i Macedońskie góry, Węgry niestety zaliczamy w nocy. Wbrew obawom postoje są wystarczająco często, nie trzeba przebierać z nogi na nogę w autokarze. Ludzi powoli poznajemy, sąsiedzi z przodu wydają się być mili. Tata jak zawsze dba o mnie, czy nie głodna, czy zadowolona, czy herbatki, czy coś.
Wieczorem pierwszy hotel, dla mnie nowość, raz tylko spałam w hotelu, nie wiem nawet, że ten mały ręczniczek, to do położenia przed prysznicem. A prysznic się przydaje, bo tu na miejscu ponad 30 stopni, każdy chce też zmyć z siebie kurz podróżny. Kolacja smakowita, za dużo jak dla mnie nawet, oczywiście z deserem, Tacie się upiekło, wszędzie Jego ukochane arbuzy. Ponieważ jesteśmy na zadupiu, wieczór spędzamy w holu, pijąc grecką frappe, całkiem niezłą, wymieniając wrażenia. Czeka nas też miła niespodzianka - jako studentka z UE nie muszę płacić za prawie żadne wstępy. Będą euro na przehulanie :D Potem zaplanowanie następnego dnia i do wyra, bo w sumie spać się chce... Tata oczywiście zasypia po kwadransie, a ja jeszcze czytam Dicka, bo jakoś te wrażenia nie pozwalają zasnąć! Jestem w Grecji! Jejku! Na bieżąco melduję się RG, jeszcze nie tęsknię aż tak...
Drugiego dnia zwiedzamy klasztory w Meteorach: prawosławne kościoły, ikony, wysokie góry i fantastyczne widoki. Wiatr ogromny, na połowie zdjęć mam włosy gdzieś przez niego zaplątane. Kupuję pierwszą w życiu własną łyżeczkę do kolekcji, z greckim ornamentem. Po drodze lunch w Kalambaki, nie jesteśmy głodni, kusimy się tylko na dużą sałatkę - ach ta grecka feta. Ojciec ordynuje wino z beczki, o temperaturze 5 stopni, różowe, przepyszne. Jedziemy do Aten, znowu kilka godzin w autokarze. Późna kolacja i zaraz spać.
Trzeciego dnia antyczne Ateny, Akropol, świątynie, zabytki, dzielnica rozrywkowa. Ta ostatnia bardzo mi się podoba - Plaka. Spędzamy tam dwie godziny po południu buszując po sklepikach i wyszukując upominki dla znajomych, kupując kolejną łyżeczkę no i wymieniając wrażenia przy frappe i papierosku. Strasznie się w tej Grecji rozpaliliśmy, bo tam wszędzie można palić. Akropol piękny, Partenon zachwyca, no i wszędzie rosną oliwki. Pijemy sok z lodem za 16zł za pół litra (4 euro), wysyłamy kartki. Wieczorem "wieczorek grecki", też na Place, z tańcami smakowitych młodych Greków i smętnymi występami zespołu emerytów. Zakąski świetne, wyżeram do końca różowy jakby smalczyk, nie gardzę też kiełbaskami, tzatziki i winem. Ale za długo to trwa, w hotelu jesteśmy ok. pierwszej, chce się spać. Tęsknię tego dnia jak szalona, a RG odpisuje mi smsem o pierścionku, na co ja prawie płaczę w greckiej tawernie. Stęskniona, szczęśliwa.
Korynt, Mykeny, Epidauros, następny dzień. Tu potrzeba wyobraźni - same kamienie, szczątki kolumn, fragmenty murów. Ale i tak robi to wrażenie, powala. Epidauros to teatr o najlepszej akustyce na świecie, sprawdzamy to dzięki ariom operowym. Jedziemy nad morze! Hotel w Tolo, szybkie ogarnięcie i oczywiście wbijam się w kostium i chce na plażę. Tata łaskawie mi towarzyszy i zasiada pod palmą, podczas gdy ja rzucam się na fale, prycham słona wodą i rozkoszuję ciepłem i kolorem morza. Jest super, po drodze zakupy, wino w plastikowej butelce za 2 euro, pychotka. A grecki jogurt? Mniam!
Piąty dzień to Olimpia, kolejne kamienie, plus stadion, oraz przepiękne nadmorskie miasteczko Nafplion. Już nie szalejemy z kawkami, bo w Atenach naciągnęłam Ojca na zielone kolczyki... Przejeżdżamy mostem nad Morzem Jońskim, do Delf. Delfy czarowne, miły mały hotelik, kolacja boska, sen, sen, sen. Tylko dlaczego Ojciec ustawił klimę tak ostro? Nie mogąc znaleźć pilota, po omacku w nocy otulam się kocem, przysięgając zemstę.
Rano o zemście zapominam przez przepyszne śniadanie, głodnieję w tej Grecji co chwilę, dobrze, że na drogę kupujemy krakersy, suchary ciasteczka greckie. I hektolitry wody, bo upał codziennie ogromny. Delfy antyczne są piękne, tylko górzyste, za to na dole jest źródło Kastylijskie z wodą dającą natchnienie. Napijam się aż do habilitacji, przed profesurą jeszcze tu przyjadę. I w lodach są prawdziwe pistacje! No i znowu prujemy przez cały kontynent, na Riwierę Olimpijską. Hotel jest tu brudnym rozczarowaniem, ale jest piaszczysta plaża i mogę się znowu wykąpać. Nie ma co narzekać, w końcu przygoda powoli się kończy, a ja marzę już tylko o wtuleniu się w RG. Z Ojcem nadal bosko.
Ostatni grecki dzień to Tesaloniki, obiad w Greckim macu, czyli Goody's, łażenie po targu rybnym, zakupy w sklepie wolnocłowym na granicy z Macedonią i już mkniemy do Serbii. Nocujemy w Niszu, gdzie na kolację zamawiam befsztyki i czarownie wstawiam się z własnym Ojcem czarnogórskim czerwonym winem. Powrót do pokoju jest wielką niewiadomą, ale jak widać - udało się!
Ostatni dzień zwiedzania to Belgrad, całkiem fajne miasto, paskudni Serbowie, gorąco, rejs po Dunaju, przemiło. I wieczorem do Polski... Po drodze mamy zatarg ze strażą graniczną w Serbii, bo jedna idiotka bez paszportu poszła sikać na granicy w krzaki. Nie komentujemy z Tatą.
W Polsce ok. 10, o 12:30 odjeżdżają autokary do poszczególnych miast. Zaczyna się najgorsza część podróży, kiedy już już jest dom, RG, Mama... A jednocześnie wciąż tyle wrażeń... Ale docieramy - czekają oboje, najważniejsi moi. Jest szczęście.
Luźne greckie uwagi: Grecy są przystojni dopiero po czterdziestce, ale wszyscy się tam fajnie śmieją. Mój Tata jest boski. Od teraz wyjeżdżam z RG, bo tęsknię i mi go nawet fizycznie obok brakuje. Jedzenie było w porządku, poza drobnymi wyjątkami. Głupota ludzka nie zna granic.
c.d.n.









