Muszę się wypisać.
Od poprzedniego szpitala czas minął bardzo szybko, wszystko było coraz lepiej. Brałam codziennie mnóstwo leków, 17 tabletek dziennie, jeśli mam być szczera. Aż kupiłam sobie specjalną kasetkę, taką, jak mają starsze, schorowane panie. Jako dziewczę sumienne nie mialam raczej problemów z zapominaniem leków. Raz jeden musiałam się wracać do domu po kasetkę, a konkretniej to RG musiał, prawie o 23, gdy za którymś razem zostawałam u Niego na noc. Leki, dieta i cackanie się ze sobą zapewniły mi piękne dwa miesiące. Bez bólu, z dodatkowymi, słusznymi kilogramami. Prawda, wyglądałam jak chomiczek, ale to ze względu na dość duże dawki sterydów, które musiałam przyjmować. Szczerze mówiąc, o była jedyna rzecz jaka mi przeszkadzała w tej chorobie. Nie mogłam patrzeć na swój ryj, spuchnięty i na dodatek z pryszczami, bo ochronne działanie hormonów już się skończyło. No ale jakoś dawałam sobie z tym radę, ciesząc się tym, że nie boli. Wiadomo, było to życie trochę zalęknione, czy to, co jem, nie zaszkodzi, czy wszystko będzie ok. Ale było. Aż do 22 maja.
21 obchodziliśmy naszą pierwszą rocznicę. Było cudownie. Wybralismy się na koncert hs do Strzegomia, grali też MKL, w których się zakochałam, szczególnie w shake banana. Chłopaki z hs zadedykowali nam "łydkę", złożyli zyczenia. Ja w zielonej spódnicy za kolano, kabaretkach, żakiecie, czułam się piękna i szczęśliwa. Wracaliśmy dość wcześnie, aczkolwiek z pożądanymi atrakcjami. Do Poznania zlądowaliśmy około północy, miałam spać u RG, bo od Niego miałam bliżej na poranny wykład. Pieprzone remonty stały się niezłym pretekstem. Zasnęliśmy bardzo szybko, zmęczeni jazdą.
Około siódmej obudził mnie ból. Myślałam, że szybko minie, starałam się nie zwracać uwagi: wędrówka do toalety, powrót w ukochane ramiona... nie przeszło. Zaczynało bolec coraz bardziej w prawym podbrzuszu. Przestraszyłam się, wiadomo. To miejsce na wyrostek, albo miejsce Crohnowe, najbardziej typowe dla choroby. I coraz bardziej i bardziej. Obudziłam RG, nieszczęśliwa, nie lubię cierpieć przy Nim. Zadzwoniłam po radę do Matki, zdecydowałam się wezwać pogotowie. RG dzwonił, a ja prawie już płakałam z bólu, któr przychodził paskudnie, falami. Bałam się.
Przyjechali o ósmej, dowodził nimi jakiś lekarz arabskiego pochodzenia. Wypytał mnie o miesiączki i w ogóle nie zwrócił uwagi na to, co mówię mu o chorobie. Nic a nic. Wypisał mi skierowanie na kontrol u ginekologa, dał w rzeźnicki sposób zastrzyk rozkurczowy i pojechał. Dało mi to wszystko tyle, że mogłam dojechać do domu i podjąć tam jakąś decyzję. Zapisałam się do gina na popoludnie, RG pojechał do siebie, mnie udało się zdrzemnąć, ale ból wrócił i mnie obudził. I tak już sobie bolało. Ginekolog to bardzo mądry facet, na szczęście. Obadał mnie bardzo dokładnie, stwierdził, że z jego punktu widzenia wszystko jest ok, tylko, że wykazuję objawy tzw. ostrego brzucha i że powinnam udać się na izbę przyjęć chirurgiczną, bo jemu to wygląda na wyrostek.
Spakowałam w domu koszulkę nocną i kapcie i pojechałam na Kurlandzką... Na badania tam wieźli mnie już wózkiem, bardzo kurczowo mnie bolało. 20 minut USG nie wykazało co mi jest, wiadomo było, że jest bardzo ostry stan zapalny. Kroplówki i obserwacja.
Następnego dnia cała czereda lekarzy postanowiła mnie obejrzeć, obmacać, obdusić. I nic. Oni nie wiedzą co to jest, będą mi dawać antybiotyki i zobaczą, co wyjdzie. Cały wtorek czułam się lepiej, poza wieczorem - nagle napadł mnie znowu straszny ból, powalający i aż do wycia. Cholerna pielęgniarka stwierdziła, że brałam przeciwbólowe 1,5h temu i że już nic nie mogę dostać. No to sobie wyłam jeszcze godzinę i zawołałam znowu. Tym razem dostałam coś, zasnęłam, przeczekałam.
Rano wielka komisja stwierdziła, że nadal nie wiedzą co to, ale że w południe mnie zoperują. Załamałam się na takie stwierdzenie, zadzwoniłam po Mamę. Potem wersja była taka, że operują i chyba wytną mi całe jelito, bo to pewnie jednak złośliwy atak Crohna. Potem to przestało mi zależeć, skończyły mi się łzy, został mi już tylko ból i takie dziwne otępienie, powstałe pewnie, przez ponad 39 stopni gorączki. A potem to stwierdzili, że Oni nie dają rady i że przewożą mnie do kliniki na Przybysza, bo tam są najlepsi. Pojechałam karetką, słaba jak szczenię, bo nie jadłam już drugi dzień. Na wszelki wypadek trzymali mnie na czczo.
Na Przybysza to już był tylko korowód lekarzy i domysłów. Mnie było obojętne, ja, twarda kobietka, płakałam i miałam dość. Wszyscy byli bardzo mili, ale wizja resekcji całego jelita wisiała nieuchronnie. Wraz z wyłonieniem stomii, czyli brzusznego odbytu. A potem jeszcze dwie operacje - zbudowanie sztucznego zbiornika i zamknięcie stomii. Piękna perspektywa. Zakończyło się na stwierdzeniu - otworzymy i zobaczymy co będzie. Tragedia. Operację wyznaczono na godzinę osiemnastą. RG był przy mnie cały czas, razem z Mamą, wspierali mnie szykowali etc.
c.d.n.









