Dieta mi nie idzie. Za dużo okazji (a to koncert, a to gość, a to urodziny) i za bardzo głodna jestem w pracy. Muszę ją trochę przerobić. Ale za to przyszła już waga zamówiona na allegro, więc mam dodatkową motywację w postaci widocznej ile-tylko-razy-dziennie-mam-ochotę siódemki z przodu. W którą oczywiście nikt mi nie wierzy. Ma to pewne plusy, ale wprawia mnie w nieustanne zdumienie.
W pracy kicha, bo mamy remont, więc możemy co najwyżej podłubać w papierkach, ale za wiele tego nie ma. Więc nuda. Siedzimy, gadamy, odbieramy telefony i martwimy się przyszłością. Głownie ja się martwię, bo okazuje się, że na razie nie ma jeszcze kontraktu na wykonywane przeze mnie badania.
Promykiem w tym wszystkim jest wydrukowana i leżąca w mojej szufladzie rezerwacja biletu do Dublina, do Anny. Yes, yes, yes. W marcu lecę do niej na 4 pełne dni. Obiecała kawałek miejsca do spania i możliwość wyjadania lodówki, więc powinnam dać radę. Na razie zbieram na euro, bo mam nadzieje na przywiezienie sobie nowego Jamiego Olivera no i w ogóle jakieś małe atrakcje.
I tak sobie życie płynie i płynie.
Rozrywane co najwyżej ziemniaczenym flejmem na blipie.
Wesoło :)
Tylko to euro dlaczego tak cholernie drogie??? :/
dlaczego ten frank taki cholernie drogi? (dzisiaj rata ;/)
zwlaszcza te zimowe!
ja tez sie chce do dublina wybrac ale w maju zeby juz bylo zielono i zeby bylo slonce bo od wczoraj dublin to ja mam za oknem permanentnie :)









