17 maja 2005, 11:15 - wtorek
maj 2005strona główna
głównie uniwersytet, potem gdzieś ja

Pierwszy rozdział zaakceptowany, drugi rodzę w wielkich bólach przeklinając zacofanie polskiej nauki. Żebym ja, korzystając z zagranicznych książek z 1999 roku wiedziała więcej, niż autorzy polskich opracowań z roku 2001. Paranoja. Że o irytującym wstawianiu literatury [Kaczmarek i in., 2001] co trzecie zdanie nie wspomnę. Pisanie pracy to jednak nie jest takie ajnfach.


Ale mimo wszystko, nie przestraszona moimi licencjackimi problemami, dostałam się na magisterium w upragnione miejsce. Do profesora, do którego chciałam. Magistrantka Zakładu Biotechnologii. Przepięknie brzmi. Oby jeszcze tak pięknie szło dalej.


A teraz wizja sesji, jeden egzamin już sobie przechlapałam, angielski. Trzy lata nauki, najwyższy poziom, rozmowy bez problemu, ale jednak test gramatyczny robiony na podstawie książki (czyli z konkretnymi konstrukcjami) wzięty "z biegu" nie poszedł mi za dobrze. Jutro idę odebrać autograf prowadzącego i mam nadzieję, że dst da, chociaż wstyd i hańba, powinno być bdb. Ale ja nie znosze suchej gramatyki ;/


No i po drodze cztery następne egzaminy w tym trzyczęściowa Ciocia Halinka - jak dobrze, że chodzę na te ekstraordynaryjnie nieznośne wykłady, może mnie zołza zapamięta (chociaż po kolorze włosów i siedzeniu w poprzek ławki) i jakoś pozytywnie spojrzy. Bo bez tego kiepsko widzę te inżynierię genetyczną. Co ja mam poradzić na to, że Ciocia już dawno powinna być na emeryturze, bo przekazywać wiedzy nie umie i nie powinna?!


Początek lipca - obrona, szumnie zwana, a tak serio najzwyklejszy egzamin licencjacki. Ponoć przełożyli terminy na wcześniejsze, nie przesadzajmy, ja i tak chcę 8ego. Potem dwa dni odpoczynku i 12ego kolejna impreza, tym razzem urodzinowa, wreszcie stuknie mi oczko. Czasami to dziwne, mam na roku znajomych, którzy już skończyli 22, a ja się ciągle kiszę z dwudziestką. Trzeba było iśc jak normalny człowiek :)


W uczuciach blado. Z RG raczej nie mam kontaktu, ostro się ograniczam, za bardzo go potrzebuję, żeby widzieć się z nim "ot tak". A, że libido spadło to nie narzekam na brak tych spotkań. Z T:) przechlapane, ktoś nas za bardzo próbował wyswatać i niestety ale zaszkodził.


I jak zawsze sama, jak zawsze czerwona, jak zawsze z dennym humorem, bo pogoda za oknem jest powalająca. Pada, pada, pada, siąpi, leje, pada, kropi. Ohyda.


Ale Kult dzisiaj gra :) A w weekend Warszawa i maraton koncertowy z RG.

   Komentarze: 0
   Dodaj komentarz: