Dość nauki na dziś, nie można się pierwszego dnia przemęczać. Przerobiłam moją piętę Achillesową jeszcze z czaswó LO, czyli łańcuch oddechowy i jakoś dałam radę. Teraz siedzę razem w moim Breezerkiem, słucham National Treasure OST i zastanawiam się, czy nie przerzucić się na Indios Bravos. Zdecydowanie tak, niech żyje inny punkt widzenia, taki zbreezerkowany. Dzisiaj wieczorem zamierzam tu trochę posiedzieć i popisać, posmęcić, o wszystkim.
Zaczynając od punktu zapalnego - uczelnia. Na uczelni raz lepiej, raz gorzej, wiadomo. Spieprzyłam swoim lenistwem egzamin z angielskiego, nie wyuczyłam się gramatyki, dostałam 3,5, za które jest mi bardzo wstyd. I co z tego, że skończyłam poziom advanced, co z tego, że ponoć się dogaduję, że korzystam z fachowej literatury. Leserstwo nie popłaca. Najgorzej jest jednak z pracą. Mam 1,5 rodziału i zero pomysłu i ochoty na dalsze 3,5. Jestem w dołku, w szponach czegoś, co mnie nie chce puścić. To już nawet nie leń, to jakaś debilna blokada, jakieś zgubienie. A na pokonanie tego mam zaledwie miesiąc, bo do końca czerwca, finalna wersja musi się znaleźć w dziekanacie. Boję się, nie wiem, czy dam radę. Muszę dać radę, nie jestem jakaś popierdółka. Ale jak myślę o tym, ile mnie to będzie wyrzeczeń kosztowało, to po prostu włosy dęba stają. Bo ja nie mam tego miesiąca wolnego, mam sesję... Sesja zaczyna się za 6 dni, bioenergetyką. Uczę się od dziś, bo w poniedziałek mam z tego zalkę, a materiał się w miarę pokrywa. Wierzę w siebie bardzo, jeśli chodzi o ten egzamin, bo uwielbiam profesorkę i wiem, że ceni ona logiczne myślenie, a do tego bywam czasami zdolna. Chcę być bardzo dobra. Kolejny egzamin to genetyka, mój bardzo ambitny plan na piątkę. Chciałabym udowodnić profesorce, bardzo miłej, lecz sceptycznej i wymagającej, że nas, molki, stać na piątki, stać na bycie najlepszymi. I chcę siebie przekonać, że mnie stać. Szanse owszem, mam. Pytanie, jak będzie z wykonaniem. Immunologia jest zdradziecko łatwa, ponoć super chilloutowy teścik, wystarczą trzy dni lekkiej nauki. A ja węszę w tym jakiś haczyk, zobaczymy. No i na koniec Halina, o której marzę, żeby zdać i nawet nie wiem, czego mam się spodziewać. Tyle nauki. Promotor pewnie mnie zjedzie za pracę i ogólny wynik egzaminu licencjackiego (początek lipca) będzie denny, bo liczy się średnia bardzo, ale co mi tam. Ja chcę do przodu, do mojego zakładu, do moich dziwnych pomysłów. Wierzę w siebie. I niestety za bardzo znam swoje lenistwo. Ale jakoś trzeba sobie radzić "'cause I'm a supergirl and supergirls just fly".
Dalej rodzina. Kochani moi, wczoraj razem obchodziliśmy Dzień Matki, zabraliśmy Rodzicielkę do kina, bardzo się cieszyła. Po kinie piwko, ale bez B.A. bo on rzecz jasna był aspołeczny. Jak zawsze. Denerwuje mnie to i nie wiem, co mam zrobić. Jedzenie mu nie smakuje, bo tego nie lubi, tamtego nie lubi. Pracy nie ma i zbyt ambitnie nie szuka, traktuje nas jak bandę idiotów od czasu do czasu. Dzień spędza przed TV, komputerem i paczką fajek. Zero ambicji. Zero prób na lepsze życie. Ja wiem, że to się może komuś podobać, ale przyszłości to nie ma. A jego komentarze na temat RG to już w ogóle masakra. N. też za bardzo chyba nie lubi, bo objeżdża równo. Szkoda, szkoda.
Plany... Londyn w sierpniu. Nie mogę się już doczekać, aż zobaczę kolekcję klejnotów koronnych, zwiedzę muzeum historii naturalnej i pojadę metrem. Moje kolejne życiowe marzenie ma szanse się spełnić. Co prawda nie wyobrażam sobie 8 dni tylko z Tatą, ale na pewno będzie dobrze. I na hinduskie żarcie pójdziemy! I na stek, średnio wysmażony, zapijany ale. I będziemy chodzić i zwiedzać i będzie cudownie.
Co do marzeń, znowu spełniłam to śpiewające, w Wawie występowałam z hs. Po przesłuchaniu nagrania troszkę się załamałam, ale wszyscy twierdzą, że nie było źle. Pozostaje mi im wierzyć. Marzenia warszawskie, to w ogóle piękna sprawa. Było cudownie, o tym już pisałam, nawet (a może szczególnie) chińszczyzna z budki była świetna. Chciałabym zatrzymać czas, jak w boomboxach ;)
Marzenia marzeniami, rzeczywistość też jest. Tęsknię. Uśmiecham się pod nosem. RG wyjechał, do niedzieli, już zdążył zadzwonić, ja zdążyłam pomyśleć o Nim jakieś 1259 razy. Cieszę się jak mrówka, nie wierzę w to, co mnie spotkało czasami. Tak chciałam, tak czekałam, tak płakałam, gdy pojawiła się Ona. I chociaż wiedziałam, że nic mi nie obiecywał, chociaż znałam Jego pogląd na związki, cały czas miałam nadzieję. Przeczekałam Ją. Przeczekałam dwudniowe próby stabilizacji. Jestem ja, jesteśmy my. I jest coś, co jest absolutnie zwykłym, monogamicznym, pełnym uczuć związkiem. On mówi, że kocha. Ja milczę, mimo wszystko. To nie jest takie proste, zakochana bylam już na początku roku i systematycznie mnie odrzucano. Nie wiem, co się stało, że czekałam, nie wiem też, co Go skłoniło do mnie. Może tak samo się, może tak miało być. Warto było czekać, tyle mam Mu do oferowania, tyle od niego dostaję, tak nam dobrze. Nigdy się przez ponad pół roku nie pokłóciliśmy (no chociaż to była inna forma znajomości, przyjaźń +). Sama nie wiem, co o tym myśleć. Modlę się, żeby trwało. Brak już słów. Idę.
Kocham.









